Edytorial

Wydarzenia ostatnich tygodni w dobitny sposób sprowadzają nas na ziemię i uświadamiają, że jeśli jest źle, to zawsze może być gorzej. To powiedzenie szczególnie sprawdziło się w ostatnich latach, gdy z utęsknieniem czekaliśmy na pocovidową „normalność”, a dostaliśmy kryzys, jego nieudolną naprawę w postaci Polskiego Ładu i wojnę za naszą wschodnią granicą. 
Z niepokojem obserwuję, że nie uczymy się na błędach. Jako społeczeństwo posiadamy tę niesamowitą cechę jednoczenia się ponad wszelkimi podziałami w obliczu kryzysowych sytuacji. Obserwowaliśmy to w sytuacji wybuchu pandemii i obserwujemy to również teraz, gdy Ukraina potrzebuje naszej pomocy. Martwi mnie powtarzający się schemat – w początkowej fazie kryzysu jesteśmy zjednoczeni i radzimy sobie lepiej, niż inni. Jednak z czasem dochodzi do zmęczenia ciągłym napięciem i zniechęcenia brakiem efektów. Wówczas rodzi się w nas niechęć do wszystkiego, co związane z kryzysową sytuacją i coraz trudniej nam wyjść z opresji. 
Kiedy doszło do eskalacji konfliktu między Rosją i Ukrainą, w pierwszej chwili wielu z nas zadawało sobie pytanie – co mogę zrobić, aby pomóc? Odłożyliśmy własne problemy i chcieliśmy dać z siebie wszystko, żeby przyczynić się do poprawy sytuacji naszych wschodnich sąsiadów. W ostatnich dniach obserwuję zmniejszone zainteresowanie tym tematem. Chciałbym się mylić, ale sadzę, że tak silne zaangażowanie sprawi, że po raz kolejny będziemy zmęczeni tą sytuacją właśnie wtedy, gdy Ukraina będzie nas najbardziej potrzebować. 
W kwestii pomocy, jako Polacy, jesteśmy bardzo porywczy. A musimy pamiętać, że pierwszą zasadą każdego ratownika jest zadbanie o własne bezpieczeństwo. Dlatego szczerze zaskoczyły mnie pomysły na pomoc, polegające na oddaniu własnej przestrzeni biurowej dla uchodźców w sytuacji, gdy nie mamy pojęcia, ile czasu potrwa konflikt. Lub przestoje w funkcjonowaniu firm spowodowane niesieniem pomocy. Porzuciliśmy nasze własne problemy, zapominając, że nasza sytuacja jest istotna teraz nie tylko dla nas. Odpowiadamy za tych ludzi, których przyjmujemy do siebie, nie tylko dzisiaj, ale dopóty, dopóki będzie im potrzebna owa pomoc. Dlatego zupełnie nie rozumiem porzucania działalności i rzucania się w impulsywny wir pomocy Ukrainie. 
Wiele firm, które normalnie funkcjonały mimo eskalacji wojny w Ukrainie, musiało mierzyć się z krytyką, przez co obserwuję nieuzasadnioną gospodarczo stagnację w działaniach, inwestycjach i rozwoju przedsiębiorstw. Powinniśmy odróżnić pomoc, która powinna być odpowiedzialna i efektywna od nieuzasadnionego i szkodliwego poświęcania się. Działajmy i pracujmy więcej i lepiej, nie pomimo wojny w Ukrainie, ale właśnie ze względu na nią. 

Bartosz Martyka

Bartosz Martyka

Redaktor naczelny
BrandsIT